sobota, 18 maja 2013

Weekend z Rodziną

Zgodnie z obietnicą wracam wspomnieniami do wydarzeń, które miały miejsce około miesiąca temu. Zacznę w porządku chronologicznym - od wizyty w domu rodzinnym Victora.

Przyjechaliśmy na miejsce w piątkowy wieczór, który ze względu na niesprzyjającą aurę zmusił nas do pozostania w domu. Miało to jednak swoje dobre strony - spędziliśmy naprawdę miły czas w towarzystwie rodziców Victora i jego młodszej siostry, dzięki czemu ja miałam okazję poznać ich trochę lepiej a Victor mógł nadrobić narastające rodzinne zaległości.
Następnego dnia rano czekało na mnie nie lada wyzwanie - pojechaliśmy w odwiedziny do babci Victora. Problem polegał na tym, że jest ona rodowitą Hiszpanką, która nigdy nie miała większej ochoty nauczyć się języka francuskiego twierdząc, że jest dla niej po prostu za trudny. Na miejscu poza rzeczoną babcią zastaliśmy rodziców Victora wraz z jego trzema hiszpańskimi wujkami. Tym samym znalazłam się po środku śniadaniowej imprezy, bo nie można inaczej nazwać chwili, w której tata Victora spotyka się ze swoimi braćmi. Koniec końców wydaje mi się, że pomimo wielkiej przepaści językowej pomiędzy mną a babcią Victora, udało mi się nawiązać z nią nić porozumienia.
W sobotnie popołudnie Victor zabrał mnie na wycieczkę do Fontaine de Vaucluse - niewielkiego miasteczka słynącego z przepięknych widoków skał i wyłaniającej się spod nich rzeki oraz zabytkowego, wielkiego młyna będącego częścią muzeum fabryki papieru czerpanego. Nasz spacer po okolicy nie trwał niestety zbyt długo - nie pozwoliła nam na to wyjątkowo kapryśna również tego dnia aura, która co chwilę zsyłała nad nasze głowy deszcz. Poniżej zamieszczam Wam kilka zdjęć wyszukanych za pośrednictwem google images (wciąż niestety nie posiadam aparatu, którym mogłabym uwieczniać moje wycieczki):

Muzeum papieru czerpanego

 "Miejsce, w którym rzeka wyłania się ze skał"

Widok ogólny na Fontaine de Vaucluse

Niedziela była dniem zdecydowanie słonecznym i... rodzinnym. Już od porannych godzin wokół domu rozprzestrzeniał się  piękny zapach Paelli przygotowywanej w ogrodzie przez tatę Victora. Dom wypełniony był donośnymi, radosnymi głosami domowników i gości, wśród których pojawili się: czwarty brat taty Victora wraz z żoną i dwójką dzieci, babcia - Francuzka, babcia - Hiszpanka wraz ze swoją hiszpańską przyjaciółką oraz koleżanka młodszej siostry Victora. Niewielki salon zamienił się w jadalnię, w której główną i chyba jedyną część zajmowały dwa wielkie stoły - gdy już wszyscy zasiedli wokół nich, niemal niemożliwym stało się przemieszczanie gdziekolwiek. Paella, którą dotąd znałam właściwie tylko z nazwy okazała się wyśmienita! Na jej korzyść dodatkowo zadziałał urok atmosfery hiszpańskiego, głośnego, pełnego śmiechu i dyskusji obiadu.
A po obiedzie? Czas na sjestę. Tego dnia relaksowaliśmy się dość aktywnie. Mama Victora znalazła w piwnicy zestaw do gry w tenisa stołowego, wynaleźliśmy w ogrodzie niewielki, drewniany stół i urządziliśmy mały turniej. Zgadnijcie, kto był jego zwycięzcą? ;)

środa, 15 maja 2013

La page blanche...


...czyli syndrom białej kartki. Dopadł mnie skutecznie około miesiąca temu i za nic nie chciał wypuścić ze swoich paskudnych szponów. W międzyczasie wielokrotnie czyniłam próby przegonienia potwora, dziś jednak postanowiłam się z nim rozprawić w sposób ostateczny!

Dokładnie dwa miesiące temu siedziałam w autobusie i o ile dobrze sobie przypominam, to byłam jeszcze w Polsce. Ciągle kompletnie nieświadoma, co mnie czeka, ile w moim życiu się zmieni i w co się w ogóle zamierzam wpakować. I wiecie co? Ciągle jeszcze nie bardzo wiem. Wydawało mi się, że dwa miesiące to bardzo dużo czasu - w każdym razie wystarczająco dużo, żeby się zaklimatyzować, znaleźć pracę, znajomych i stuprocentowo oswoić się z językiem francuskim. W związku z tym tylko krótki komentarz ciśnie mi się na usta - BZDURA! Nie chcę o sobie myśleć, jak o jakiejś ofierze losu, która nie potrafi sobie znaleźć miejsca w życiu i stawić mu czoła. Pozostanę przy stwierdzeniu, że dwa miesiące to zdecydowanie mało czasu, zważywszy na kompletną zmianę otoczenia, klimatu, języka, kultury, a przede wszystkim brak przyjaciół i rodziny - przynajmniej w najbliższej okolicy. Pomimo, że nie jest łatwo, to myślę, że radzę sobie całkiem dobrze, nie ustaję w poszukiwaniach pracy i każdego dnia coraz bliżej jestem poczucia, że naprawdę mi tu dobrze.

Przez ostatni czas dane mi było poznać kilka bliższych lub bardziej odległych miejsc. Korzystając z pięknej pogody spędziłam z moją małą francuską rodziną kilka popołudni: to nad rzeką, to na wycieczce w górach, to w muzeum, to na plaży, pojechaliśmy nawet na tydzień w Alpy. W ciągu kilku najbliższych dni postaram się chociaż trochę Wam opowiedzieć na temat każdego ciekawego miejsca, które zwiedziłam, odwiedziłam, widziałam w ostatnim miesiącu. Mam nadzieję, że od tego momentu nie będziecie musieli już tak długo czekać na opowieści z obczyzny :)

Całuję mocno!!!

czwartek, 18 kwietnia 2013

Wiosna - ach to Ty!

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi 
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni 
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis 
Zapachniało, zajaśniało, wiosna, ach to ty! 
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!
[Marek Grechuta - Wiosna, ach to Ty]


Od tygodnia niezmiennie w Montpellier panuje piękna, piękna, piękna! pogoda, stąd w ramach wstępu ten wiosenny akcent, z pewnością nie ostatni w dzisiejszym poście.

Weekend spędziłam dość aktywnie, szczególnie sobotę, kiedy świętowaliśmy urodziny Alexa. Wtedy to około południa rozpaliliśmy grilla i mniej więcej do godziny 16tej bez ustanku nasze talerze pełne były samych pyszności, od wyśmienitych sałatek, przez moje ulubione merguez*, aż do perfekcyjnie przyrządzonych przez Julię czekoladowych fondantów**. Później zdecydowaliśmy się ruszyć z miejsca, bo piwo sączone w pełnym słońcu zaczęło skutecznie nas usypiać. Wzięliśmy piłki, deski i obraliśmy kierunek Odysseum***. Stamtąd był już tylko rzut kamieniem do skateparków i terenu 20 (conajmniej!) boisk do koszykówki. Jako, że nie jestem biegła w sztuce jeżdżenia na desce, zostawiłam chłopaków w skateparku i poszłam z Flo porzucać do kosza. Później dołączyła do nas reszta ekipy, pograliśmy wspólnie w koszykówkę, w piłkę nożną. Zdecydowałam się nawet dopaść longboard**** Victora i poćwiczyć jazdę na desce (zdecydowanie bardziej, niż rower przypadła mi do gustu ta właśnie forma lokomocji. Muszę jeszcze tylko trochę się wprawić, zanim będę się przemieszczać między samochodami na ulicach i pieszymi na chodnikach). Późnym wieczorem wróciliśmy wszyscy do nas do domu, zjedliśmy kolację, posiedzieliśmy w garażu przy kartach i grach planszowych, po czym każdy powrócił do swojego domu. Bez wątpienia, dzień urodzin Alexa był bardzo udany!

Od poniedziałku robiłam wszystko, żeby możliwie korzystać z nadejścia wiosny. Tramwaje już całkowicie puściłam w odstawkę, ich miejsce zastąpiły spacery z muzyką wypełniającą głowę i nadającą rytm moim krokom. Z zadowoleniem dostrzegłam podobne zmiany wśród mieszkańców Montpellier - tramwaje wyraźnie opustoszały a chodniki i ulice wypełniły się rowerami, rolkami, hulajnogami, deskorolkami oraz piechurami. Siedząc na ławce w parku z książką na kolanach, raz po raz podnosiłam wzrok znad zadrukowanych stron, by przyjrzeć się bliżej otaczającym mnie ludziom. Trawniki, ławki, murki - wszystkie wypełnione były po brzegi, co w Parc du Peyrou jest nie lada wyzwaniem, zważywszy na jego znaczną powierzchnię. Do tej pory nieśmiała zieleń, nagle intensywnie wystrzeliła swym najpiękniejszym kolorem, żeby otulić do tej pory chłodne otoczenie miasta. Ludzie w niej skąpani łapczywie wystawiali twarze w stronę słońca, jak gdyby nie świeciło tu ono od miesięcy. Wesoły gwar dobiegał mnie z każdej strony. To, co najbardziej rzuciło mi się w oczy to fakt, że wszyscy wszędzie podobnie reagują na nadejście wiosny, bez względu na szerokość geograficzną i klimat. Dla każdego wiosna ma inne znaczenie, w życie każdego wnosi inne zmiany, ale w sercu każdego jej brak rodzi tęsknotę. Jej nadejście budzi głód ruchu, głód spotkań, głód uśmiechu, głód tworzenia, głód beztroski...

Czas tego tygodnia był to czas spędzony z książką w parku, z podręcznikiem do francuskiego w ogrodzie. Poszukiwania pracy ciągle niestety są bezowocne, ale liczę, że i w tej dziedzinie mojego życia wreszcie nadejdzie wiosna. Póki co staram się moje bezrobocie przeznaczyć na zajęcia pożyteczne: zajmuję się domem, ogrodem, kurami (!) i ... żołądkami domowników. Wczorajsza kolacja (pierogi z kurczakiem i marchewką w sosie śmietanowym) została skomentowana przez moją małą rodzinę owacją na stojąco. Aż się chce gotować!

Jutro po południu wsiadamy w pociąg  i jedziemy do Avignon odwiedzić rodziców Victora. Jego mama obiecała, że w niedzielę przyrządzi na obiad Paellę*****! Nie mogę się doczekać i na samą myśl o jej zjedzeniu burczy mi w brzuchu!

Mam nadzieję, że i u Was wiosna wreszcie święci triumfy. Życzę Wam wszystkim miłego weekendu, skąpanego w słońcu i pełnego ciekawych zajęć. A na koniec przypisy:

* czerwona, pikantna kiełbaska z jagnięciny lub wołowiny; tradycyjna potrawa kuchni tunezyjskiej;
** rozpływające się wewnątrz ciasteczko z gorzkiej czekolady;
*** końcowy przystanek wschodniej części miasta;
**** dłuższa wersja normalnej deskorolki, znacznie od niej stabilniejsza, rozwijająca większe prędkości;
***** tradycyjna hiszpańska potrawa na bazie ryżu, owoców morza, kurczaka, często również królika z dodatkiem różnych warzyw.

środa, 10 kwietnia 2013

"Środa minie - tydzień zginie!"

Ostatni tydzień nie dopisał mi ani pod względem zdrowia, ani też szczęścia, w związku z tym nie sprzyjał niestety pasji tworzenia Nie chcę nikomu sprawić przykrości tym, co zaraz powiem, ale najzwyczajniej w świecie nie mogę się  powstrzymać - leżę w hamaku, w cieniu drzew dającym schronienie przed mocno grzejącym słońcem, z laptopem na kolanach. Takie okoliczności zdecydowanie budzą we mnie chęć pisania. Pogoda taka, jak dziś w moim przypadku owocuje również niepohamowanym pragnieniem sprzątania. Tym samym zakasałam rękawy i od porannych godzin sprzątałam, szorowałam i pucowałam cały dom, zostawiłam na ogniu bulgoczący (oby) pyszny rosół, aby teraz móc oddać się relaksowi.

Lekko przybita sytuacjami zeszłego tygodnia postanowiłam zmienić moje nastawienie, bo koniec końców pozytywne podejście do życia to połowa sukcesu. W niedzielę namówiłam Victora na wycieczkę na plażę - w końcu to tylko godzina drogi od nas z domu. Pomimo panujących na miejscu chłodu i wiatru, zdecydowałam się zdjąć buty i zamoczyć stopy w jeszcze lodowatym morzu. Niby nic, a poczułam, że ładuję baterie. Niestety, fakt zepsutego telefonu uniemożliwia mi prowadzenie jakichkolwiek fotoreportaży - musicie mi uwierzyć na słowo, że jest tam naprawdę pięknie!

W poniedziałek postanowiłam jakoś zaradzić ogarniającej mnie nudzie i wybrałam się odwiedzić Flo. Zastałam go akurat w chwili, gdy kończył drukować swoje CV. Zaproponowałam mu pomoc w przygotowywaniu ich do wysłania i tym samym cały dzień spędziłam na składaniu dokumentów i upychaniu ich do kopert. Szczęśliwie odbywało się to w miłym towarzystwie, przy pysznej kawie i w promieniach słońca, które bez problemu docierały na balkon. Taka zmiana towarzystwa i miejscu pobytu zdecydowanie pozytywnie wpłynęła na moje samopoczucie!

Wtorek zaliczam do dni zdecydowanie pozytywnych. Załatwiłam wiele zaległych spraw, w tym przede wszystkim - otworzyłam wreszcie konto w banku. Dzień ten owocował w wiele miłych, krótkich spotkań w sklepach, tramwajach, w banku. Widok miłych, życzliwych ludzi obdarowujących mnie swoim uśmiechem sprawiły, że mój dobry humor z poniedziałku nie ulotnił się, a wręcz zyskał na sile. Dzięki temu zmobilizowałam się i postanowiłam wieczorem wykarmić naszą małą rodzinę + gości (w każdy wtorkowy wieczór przychodzą znajomi Pauline i Juliena na wspólną kolację). Zrobiłam górę klusek śląskich z gulaszem wieprzowym. Wszystko wyszło naprawdę wyśmienicie a kluski śląskie zyskały miano "lepszych gnocchi"!

Jak dotąd pozytywne podejście działa. W tytule posta posłużyłam się stwierdzeniem, które doskonale sprawdza się w praktyce, a które zwykło być wymawiane przez kolegę Luźnego (wielkie pozdro!). Domyślam się, że ani się obejrzę a będzie niedziela i będę przygotowywała plany na kolejny tydzień. Liczę jednak, że jeszcze kilka razy w tym tygodniu znajdę czas i ochotę, żeby podzielić się z Wami jakąś myślą. Tymczasem pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim miłego wieczoru!

czwartek, 4 kwietnia 2013

Opóźnione Wielkanocne Opowieści


WIELKI PIĄTEK

Dla wszystkich tutaj - dzień jak każdy inny. Jakież wielkie było zdziwienie współlokatorów, a później rodziny Jean-Luca, kiedy odmawiałam posiłków. Usłyszawszy, że poszczę pomyśleli, że to taka oczyszczająca dieta przed świątecznymi pysznościami, które zamierzam w siebie wrzucić. W związku z tym miałam okazję przybliżyć wszystkim zebranym, czym jest Wielkanoc dla ludzi wierzących.

Był piękny, słoneczny dzień a w planie wyjazd w góry. Nie było dla nas miejsca w samochodzie, więc  z Victorem złapaliśmy ostatni autobus jadący do miejscowości oddalonej od docelowego punktu o jakieś 10-12 km. Żeby uniknąć wędrówki po zmroku postanowiliśmy złapać stopa. Po kilku nieudanych próbach udało nam się zatrzymać jeden samochód. Kierowcą okazał się przemiły i tęgo zdziwaczały, starszy pan. Wygląd samochodu wewnątrz idealnie odzwierciedlał chaos goszczący w głowie kierującego. Kiedy tylko staruszek dowiedział się, że jestem Polką, łzy wzruszenia napłynęły do jego oczu. Natychmiast wytłumaczył, że dzieciństwo spędził na północy Francji, gdzie już wówczas mieszkało dużo Polaków. Jego mama zwykła mu wówczas puszczać audycje radiowe wypełnione polską muzyką, którą chwilę później, już w drodze, zaczął nucić z zadowoleniem. Podchwyciłam nastrój i zaśpiewałam mu kilka piosenek do melodii przez niego nuconych. W nagrodę - już zalany łzami - zaśpiewał mi Hymn Polski w sposób bezbłędny fonetycznie. Pomimo, że kompletnie nie wiedział, co śpiewa, to i tak zrobiło mi się ciepło na sercu. Znalazłam kawałek Polski niemal na końcu świata...
Po tej przemiłej przejażdżce nadszedł czas na górski spacer - godzina wspinania się, by dotrzeć na miejsce. A w nim trzy piękne, stare domy, stojące jeden przy drugim: jeden należący do dziadka Marlene, kolejny do jej siostry i ostatni - dom Davida, jej ojca. Było już prawie całkiem ciemno, jednak nie przeszkodziło mi to zakochać się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.



WIELKA SOBOTA

Noc spędziłam w Strasznym Domu. Od lat nikt tam nie mieszka, od czasu do czasu tylko ktoś nocuje i to tylko w przypadku, gdy nie ma miejscu w dwóch pozostałych domach. Szczerze przyznam, że ciężko byłoby mi się zdobyć na samotny, choć najkrótszy pobyt w tym miejscu - bez względu na porę dnia. Cały czas trzymałam się kurczowo Victora, wystraszona, że lada chwila moja wyobraźnia zacznie mi płatać figle. Zrobiłam tylko kilka zdjęć w domu i niestety ze względu na ich tragiczną jakość spowodowaną nienajwyższą klasą aparatu w telefonie udostępnię Wam tylko jedno:


Niemal całą sobotę przesiedzieliśmy z domu z powodu dość kapryśnej pogody. Korzystając z chwili, w której niebo trochę się przejaśniło, wpakowaliśmy się do VW Transportera należącego do Davida i pojechaliśmy do miasteczka Valleraugue. Podczas, gdy siódemka dzieci bawiła się na placu zabaw, my poszliśmy zrobić zakupy w sklepie mięsnym - naszym placu zabaw ;) Z wielką przyjemnością przyglądałam się, jak rzeźnik niósł na plecach wielką sztukę mięcha do poćwiartowania. Ściany ozdabiały wiszące przy nich pachnące kiełbasy, udźce jagnięce, w lodówkach znalazły swoje miejsce soczyste antrykoty, polędwice, szynki, pasztety, wątróbki... No uczta dla oczu! ;)
Chwilę później dołączyliśmy do dzieciaków. Jean-Luc i Victor dopadli wielką, drewnianą ćmę na sprężynach i zafundowali wszystkim niezły ubaw wprawiając zabawkę w szalone wibracje, których celem było zrzucenie wszystkich dzieci znajdujących się na pokładzie. Niestety niedługo później porządnie się rozpadało i zmuszeni byliśmy zarządzić szybką ewakuację.
Wieczorem, gdy dzieci już spały, my mogliśmy przygotować tutejszego Zajączka - pisanki, które później ukryte w ogródku miały zostać znalezione i stać się tym samym gwarantem słodkiej nagrody dla maluchów. Zgadnijcie, kto stworzył najładniejszą pisankę? ;)

NIEDZIELA WIELKANOCNA

Tego dnia obudziły mnie dźwięk dzwonka i ciepłe promienie słońca przedostające się przez zakurzone okna domu. Dzwonek miał za zadanie obudzić dzieci i obwieścić im, że w ogrodzie stało się coś nadzwyczajnego. Zaciekawione maluchy puściły się pędem między krzewy i zaczęły szukać skarbów. Na każdego czekała niespodzianka. Nie sądziłam, że i mnie takowa spotka - moja pisanka została bardzo wyróżniona przez dziadka Marlene - znalazła swoje miejsce w gablocie, w której od lat kolekcjonuje on  jego zdaniem najpiękniejsze pisanki!
Po obiedzie postanowiliśmy skorzystać z przepięknej pogody - wybraliśmy się nad rzekę, gdzie mogliśmy się zrelaksować w promieniach ciepłego, wiosennego słońca. Ja puszczałam kaczki, Marlene czytała książkę, natomiast Victor i Jean-Luc biegali z dzieciakami wymyślając coraz to nowe zabawy. A w tle niczym niezmącona cisza gór. Jednym słowem - popołudnie idealne. Zresztą poniższe zdjęcie mówi samo za siebie :)


Po mile spędzonym popołudniu zjedliśmy wyśmienitą kolację popijając pyszne wino wyrobu partnerki Davida - Catherine. Wieczór natomiast poświęciliśmy rozgrywkom w planszówkę 7 Wonders połączoną z degustacją szampana odnalezionego w jakimś zapomnianym barku.

Nie była to co prawda Wielkanoc marzeń, wiele mi w niej brakowało - przywiązanie do Rodziny i Tradycji robi swoje. Jednak w głowie pozostała masa miłych wspomnień i nadzieja, że jeszcze niejednokrotnie wrócę w tamto miejsce.

piątek, 29 marca 2013

Wesołych Świąt!

Kochani, dziś późnym popołudniem wyjeżdżam w góry z Victorem, Marlene, Jean-Luckiem i dzieciakami. Na miejscu ma być porządna porcja rodziny Marlene, co mnie cieszy, bo może zaznam chociaż trochę rodzinnej atmosfery, której mi brakowało w związku z nadchodzącą Wielkanocą. Jako, że miejsce, w które wyjeżdżamy pozbawione jest jakiegokolwiek zasięgu telefonii komórkowych - co dopiero internetu, to już dziś chciałabym złożyć Wam życzenia z okazji Świąt.
Niech będą tak wesołe, jak tylko pozwalają na to okoliczności. Niech otoczenie rodziny przynosi ukojenie w trudnym czasie a Zmartwychwstały Chrystus przyniesie jasny promień nadziei na spotkanie z tymi, których kochamy, a których zabrakło wśród nas.


Do poniedziałku!

czwartek, 28 marca 2013

W czasie deszczu dzieci się nudzą!

Zanim napiszę cokolwiek na jakikolwiek temat, pozwolę sobie na krótkie, rzeczowe, szczere:

WSZYSTKIEGO NAJ NAJ NAJLEPSZEGO, BRACISZKU!!!!



Teraz kilka słów o tym, co u mnie. Tydzień ten jak dotąd łudząco przypomina mi tydzień poprzedni. Przynajmniej biorąc po lupę aurę panującą na zewnątrz. Słoneczny, ciepły, wspaniały poniedziałek, po nim chłodniejszy, acz niemniej słoneczny wtorek, środa pełna chmur i wprowadzająca zapowiedź deszczu, wreszcie czwartek - spełniający te prognozy. Za oknem szaro, buro, z pewnością zimno (nawet nie mam ochoty specjalnie weryfikować, jak bardzo). Wstyd się przyznać, ale obudziłam się dopiero o 11:00. W dużym stopniu rękę przyłożył do tego Victor, który zamknął na noc okiennice, przez co żaden promień dziennego światła nie docierał do pokoju, tworząc tym samym mrok sprzyjający pozostaniu w łóżku. Dotychczas zdążyłam tylko napisać lettre de motivation i ugotować szybki obiad. O 18:00 idę na jakiś wernisaż z Victorem, następnie kierujemy się bezpośrednio na kolację do Jean-Luca i Marlene - mają przygotować coś pysznego! :)
Mam nadzieję, że nadchodzący weekend nie będzie podobny do weekendu poprzedniego, gdzie ściana deszczu nie pozwalała wychylić nosa poza próg domu. Tym bardziej, że w planach mamy Wielkanocny wyjazd w góry, do głuszy dziadka Marlene.

Wielkanoc... Szczerze przyznam, że nie byłam ani trochę świadoma, jak bardzo jej tu nikt nie obchodzi. Nie ukrywam, że Wielkanoc jest dla mnie świętem wyjątkowym, duchowym, świętem, na które mam zwyczaj czekać cały rok. Tymczasem tutaj Wielkanoc kojarzy się każdemu najwyżej z szukaniem czekolady w ogrodzie i z wolnym poniedziałkiem, który można przeznaczyć na wycieczkę do Barcelony. Brak jakiejkolwiek świątecznej atmosfery sprawia, że nie mogę sobie w ostatnich dniach znaleźć miejsca. Dlatego teraz bez wahania mogę oświadczyć - za rok z pewnością Wielkanoc będę spędzać w Polsce, w domu, z moją kochaną Rodziną!!!

środa, 27 marca 2013

Kilka słów na dobry początek

Blog powstał wskutek kilku sugestii, żebym zrobiła coś z nadmiarem wolnego czasu oraz przede wszystkim dała upust myślom tłoczącym się w mojej głowie. Myślom wypowiadanym w języku, którego nikt tutaj nie rozumie, toteż ich głośne wyrażenie spotkałoby się najwyżej z uśmiechem malującym się na twarzy zdziwionego słuchacza, spowodowanym brzmieniem egzotyki w moim głosie. 

Ponadto stworzenie bloga ułatwi mi kontakt z tymi, których kocham, którzy są daleko i którym chciałabym przekazać możliwie jak najwięcej przeżyć, emocji i doświadczeń z pobytu we Francji. Kochani, piszę dla Was i chciałabym, żeby blog zastąpił w pewnym wymiarze moje dotychczasowe listy, w których niestety nie brakowało chaosu. Mam nadzieję, że poczujecie się tak, jakbym opowiadała to z dnia na dzień :)

Do dzieła!