WIELKI PIĄTEK
Dla wszystkich tutaj - dzień jak każdy inny. Jakież wielkie było zdziwienie współlokatorów, a później rodziny Jean-Luca, kiedy odmawiałam posiłków. Usłyszawszy, że poszczę pomyśleli, że to taka oczyszczająca dieta przed świątecznymi pysznościami, które zamierzam w siebie wrzucić. W związku z tym miałam okazję przybliżyć wszystkim zebranym, czym jest Wielkanoc dla ludzi wierzących.
Był piękny, słoneczny dzień a w planie wyjazd w góry. Nie było dla nas miejsca w samochodzie, więc z Victorem złapaliśmy ostatni autobus jadący do miejscowości oddalonej od docelowego punktu o jakieś 10-12 km. Żeby uniknąć wędrówki po zmroku postanowiliśmy złapać stopa. Po kilku nieudanych próbach udało nam się zatrzymać jeden samochód. Kierowcą okazał się przemiły i tęgo zdziwaczały, starszy pan. Wygląd samochodu wewnątrz idealnie odzwierciedlał chaos goszczący w głowie kierującego. Kiedy tylko staruszek dowiedział się, że jestem Polką, łzy wzruszenia napłynęły do jego oczu. Natychmiast wytłumaczył, że dzieciństwo spędził na północy Francji, gdzie już wówczas mieszkało dużo Polaków. Jego mama zwykła mu wówczas puszczać audycje radiowe wypełnione polską muzyką, którą chwilę później, już w drodze, zaczął nucić z zadowoleniem. Podchwyciłam nastrój i zaśpiewałam mu kilka piosenek do melodii przez niego nuconych. W nagrodę - już zalany łzami - zaśpiewał mi Hymn Polski w sposób bezbłędny fonetycznie. Pomimo, że kompletnie nie wiedział, co śpiewa, to i tak zrobiło mi się ciepło na sercu. Znalazłam kawałek Polski niemal na końcu świata...
Po tej przemiłej przejażdżce nadszedł czas na górski spacer - godzina wspinania się, by dotrzeć na miejsce. A w nim trzy piękne, stare domy, stojące jeden przy drugim: jeden należący do dziadka Marlene, kolejny do jej siostry i ostatni - dom Davida, jej ojca. Było już prawie całkiem ciemno, jednak nie przeszkodziło mi to zakochać się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.
WIELKA SOBOTA
Noc spędziłam w Strasznym Domu. Od lat nikt tam nie mieszka, od czasu do czasu tylko ktoś nocuje i to tylko w przypadku, gdy nie ma miejscu w dwóch pozostałych domach. Szczerze przyznam, że ciężko byłoby mi się zdobyć na samotny, choć najkrótszy pobyt w tym miejscu - bez względu na porę dnia. Cały czas trzymałam się kurczowo Victora, wystraszona, że lada chwila moja wyobraźnia zacznie mi płatać figle. Zrobiłam tylko kilka zdjęć w domu i niestety ze względu na ich tragiczną jakość spowodowaną nienajwyższą klasą aparatu w telefonie udostępnię Wam tylko jedno:
Niemal całą sobotę przesiedzieliśmy z domu z powodu dość kapryśnej pogody. Korzystając z chwili, w której niebo trochę się przejaśniło, wpakowaliśmy się do VW Transportera należącego do Davida i pojechaliśmy do miasteczka Valleraugue. Podczas, gdy siódemka dzieci bawiła się na placu zabaw, my poszliśmy zrobić zakupy w sklepie mięsnym - naszym placu zabaw ;) Z wielką przyjemnością przyglądałam się, jak rzeźnik niósł na plecach wielką sztukę mięcha do poćwiartowania. Ściany ozdabiały wiszące przy nich pachnące kiełbasy, udźce jagnięce, w lodówkach znalazły swoje miejsce soczyste antrykoty, polędwice, szynki, pasztety, wątróbki... No uczta dla oczu! ;)
Chwilę później dołączyliśmy do dzieciaków. Jean-Luc i Victor dopadli wielką, drewnianą ćmę na sprężynach i zafundowali wszystkim niezły ubaw wprawiając zabawkę w szalone wibracje, których celem było zrzucenie wszystkich dzieci znajdujących się na pokładzie. Niestety niedługo później porządnie się rozpadało i zmuszeni byliśmy zarządzić szybką ewakuację.
Wieczorem, gdy dzieci już spały, my mogliśmy przygotować tutejszego Zajączka - pisanki, które później ukryte w ogródku miały zostać znalezione i stać się tym samym gwarantem słodkiej nagrody dla maluchów. Zgadnijcie, kto stworzył najładniejszą pisankę? ;)
NIEDZIELA WIELKANOCNA
Tego dnia obudziły mnie dźwięk dzwonka i ciepłe promienie słońca przedostające się przez zakurzone okna domu. Dzwonek miał za zadanie obudzić dzieci i obwieścić im, że w ogrodzie stało się coś nadzwyczajnego. Zaciekawione maluchy puściły się pędem między krzewy i zaczęły szukać skarbów. Na każdego czekała niespodzianka. Nie sądziłam, że i mnie takowa spotka - moja pisanka została bardzo wyróżniona przez dziadka Marlene - znalazła swoje miejsce w gablocie, w której od lat kolekcjonuje on jego zdaniem najpiękniejsze pisanki!
Po obiedzie postanowiliśmy skorzystać z przepięknej pogody - wybraliśmy się nad rzekę, gdzie mogliśmy się zrelaksować w promieniach ciepłego, wiosennego słońca. Ja puszczałam kaczki, Marlene czytała książkę, natomiast Victor i Jean-Luc biegali z dzieciakami wymyślając coraz to nowe zabawy. A w tle niczym niezmącona cisza gór. Jednym słowem - popołudnie idealne. Zresztą poniższe zdjęcie mówi samo za siebie :)
Po mile spędzonym popołudniu zjedliśmy wyśmienitą kolację popijając pyszne wino wyrobu partnerki Davida - Catherine. Wieczór natomiast poświęciliśmy rozgrywkom w planszówkę 7 Wonders połączoną z degustacją szampana odnalezionego w jakimś zapomnianym barku.
Nie była to co prawda Wielkanoc marzeń, wiele mi w niej brakowało - przywiązanie do Rodziny i Tradycji robi swoje. Jednak w głowie pozostała masa miłych wspomnień i nadzieja, że jeszcze niejednokrotnie wrócę w tamto miejsce.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz