Ostatni tydzień nie dopisał mi ani pod względem zdrowia, ani też szczęścia, w związku z tym nie sprzyjał niestety pasji tworzenia Nie chcę nikomu sprawić przykrości tym, co zaraz powiem, ale najzwyczajniej w świecie nie mogę się powstrzymać - leżę w hamaku, w cieniu drzew dającym schronienie przed mocno grzejącym słońcem, z laptopem na kolanach. Takie okoliczności zdecydowanie budzą we mnie chęć pisania. Pogoda taka, jak dziś w moim przypadku owocuje również niepohamowanym pragnieniem sprzątania. Tym samym zakasałam rękawy i od porannych godzin sprzątałam, szorowałam i pucowałam cały dom, zostawiłam na ogniu bulgoczący (oby) pyszny rosół, aby teraz móc oddać się relaksowi.
Lekko przybita sytuacjami zeszłego tygodnia postanowiłam zmienić moje nastawienie, bo koniec końców pozytywne podejście do życia to połowa sukcesu. W niedzielę namówiłam Victora na wycieczkę na plażę - w końcu to tylko godzina drogi od nas z domu. Pomimo panujących na miejscu chłodu i wiatru, zdecydowałam się zdjąć buty i zamoczyć stopy w jeszcze lodowatym morzu. Niby nic, a poczułam, że ładuję baterie. Niestety, fakt zepsutego telefonu uniemożliwia mi prowadzenie jakichkolwiek fotoreportaży - musicie mi uwierzyć na słowo, że jest tam naprawdę pięknie!
W poniedziałek postanowiłam jakoś zaradzić ogarniającej mnie nudzie i wybrałam się odwiedzić Flo. Zastałam go akurat w chwili, gdy kończył drukować swoje CV. Zaproponowałam mu pomoc w przygotowywaniu ich do wysłania i tym samym cały dzień spędziłam na składaniu dokumentów i upychaniu ich do kopert. Szczęśliwie odbywało się to w miłym towarzystwie, przy pysznej kawie i w promieniach słońca, które bez problemu docierały na balkon. Taka zmiana towarzystwa i miejscu pobytu zdecydowanie pozytywnie wpłynęła na moje samopoczucie!
Wtorek zaliczam do dni zdecydowanie pozytywnych. Załatwiłam wiele zaległych spraw, w tym przede wszystkim - otworzyłam wreszcie konto w banku. Dzień ten owocował w wiele miłych, krótkich spotkań w sklepach, tramwajach, w banku. Widok miłych, życzliwych ludzi obdarowujących mnie swoim uśmiechem sprawiły, że mój dobry humor z poniedziałku nie ulotnił się, a wręcz zyskał na sile. Dzięki temu zmobilizowałam się i postanowiłam wieczorem wykarmić naszą małą rodzinę + gości (w każdy wtorkowy wieczór przychodzą znajomi Pauline i Juliena na wspólną kolację). Zrobiłam górę klusek śląskich z gulaszem wieprzowym. Wszystko wyszło naprawdę wyśmienicie a kluski śląskie zyskały miano "lepszych gnocchi"!
Jak dotąd pozytywne podejście działa. W tytule posta posłużyłam się stwierdzeniem, które doskonale sprawdza się w praktyce, a które zwykło być wymawiane przez kolegę Luźnego (wielkie pozdro!). Domyślam się, że ani się obejrzę a będzie niedziela i będę przygotowywała plany na kolejny tydzień. Liczę jednak, że jeszcze kilka razy w tym tygodniu znajdę czas i ochotę, żeby podzielić się z Wami jakąś myślą. Tymczasem pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim miłego wieczoru!
U nas też dziś było słońce ^_^ i sezon rowerowy otwarty:) :* <3
OdpowiedzUsuń