czwartek, 18 kwietnia 2013

Wiosna - ach to Ty!

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi 
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni 
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis 
Zapachniało, zajaśniało, wiosna, ach to ty! 
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!
[Marek Grechuta - Wiosna, ach to Ty]


Od tygodnia niezmiennie w Montpellier panuje piękna, piękna, piękna! pogoda, stąd w ramach wstępu ten wiosenny akcent, z pewnością nie ostatni w dzisiejszym poście.

Weekend spędziłam dość aktywnie, szczególnie sobotę, kiedy świętowaliśmy urodziny Alexa. Wtedy to około południa rozpaliliśmy grilla i mniej więcej do godziny 16tej bez ustanku nasze talerze pełne były samych pyszności, od wyśmienitych sałatek, przez moje ulubione merguez*, aż do perfekcyjnie przyrządzonych przez Julię czekoladowych fondantów**. Później zdecydowaliśmy się ruszyć z miejsca, bo piwo sączone w pełnym słońcu zaczęło skutecznie nas usypiać. Wzięliśmy piłki, deski i obraliśmy kierunek Odysseum***. Stamtąd był już tylko rzut kamieniem do skateparków i terenu 20 (conajmniej!) boisk do koszykówki. Jako, że nie jestem biegła w sztuce jeżdżenia na desce, zostawiłam chłopaków w skateparku i poszłam z Flo porzucać do kosza. Później dołączyła do nas reszta ekipy, pograliśmy wspólnie w koszykówkę, w piłkę nożną. Zdecydowałam się nawet dopaść longboard**** Victora i poćwiczyć jazdę na desce (zdecydowanie bardziej, niż rower przypadła mi do gustu ta właśnie forma lokomocji. Muszę jeszcze tylko trochę się wprawić, zanim będę się przemieszczać między samochodami na ulicach i pieszymi na chodnikach). Późnym wieczorem wróciliśmy wszyscy do nas do domu, zjedliśmy kolację, posiedzieliśmy w garażu przy kartach i grach planszowych, po czym każdy powrócił do swojego domu. Bez wątpienia, dzień urodzin Alexa był bardzo udany!

Od poniedziałku robiłam wszystko, żeby możliwie korzystać z nadejścia wiosny. Tramwaje już całkowicie puściłam w odstawkę, ich miejsce zastąpiły spacery z muzyką wypełniającą głowę i nadającą rytm moim krokom. Z zadowoleniem dostrzegłam podobne zmiany wśród mieszkańców Montpellier - tramwaje wyraźnie opustoszały a chodniki i ulice wypełniły się rowerami, rolkami, hulajnogami, deskorolkami oraz piechurami. Siedząc na ławce w parku z książką na kolanach, raz po raz podnosiłam wzrok znad zadrukowanych stron, by przyjrzeć się bliżej otaczającym mnie ludziom. Trawniki, ławki, murki - wszystkie wypełnione były po brzegi, co w Parc du Peyrou jest nie lada wyzwaniem, zważywszy na jego znaczną powierzchnię. Do tej pory nieśmiała zieleń, nagle intensywnie wystrzeliła swym najpiękniejszym kolorem, żeby otulić do tej pory chłodne otoczenie miasta. Ludzie w niej skąpani łapczywie wystawiali twarze w stronę słońca, jak gdyby nie świeciło tu ono od miesięcy. Wesoły gwar dobiegał mnie z każdej strony. To, co najbardziej rzuciło mi się w oczy to fakt, że wszyscy wszędzie podobnie reagują na nadejście wiosny, bez względu na szerokość geograficzną i klimat. Dla każdego wiosna ma inne znaczenie, w życie każdego wnosi inne zmiany, ale w sercu każdego jej brak rodzi tęsknotę. Jej nadejście budzi głód ruchu, głód spotkań, głód uśmiechu, głód tworzenia, głód beztroski...

Czas tego tygodnia był to czas spędzony z książką w parku, z podręcznikiem do francuskiego w ogrodzie. Poszukiwania pracy ciągle niestety są bezowocne, ale liczę, że i w tej dziedzinie mojego życia wreszcie nadejdzie wiosna. Póki co staram się moje bezrobocie przeznaczyć na zajęcia pożyteczne: zajmuję się domem, ogrodem, kurami (!) i ... żołądkami domowników. Wczorajsza kolacja (pierogi z kurczakiem i marchewką w sosie śmietanowym) została skomentowana przez moją małą rodzinę owacją na stojąco. Aż się chce gotować!

Jutro po południu wsiadamy w pociąg  i jedziemy do Avignon odwiedzić rodziców Victora. Jego mama obiecała, że w niedzielę przyrządzi na obiad Paellę*****! Nie mogę się doczekać i na samą myśl o jej zjedzeniu burczy mi w brzuchu!

Mam nadzieję, że i u Was wiosna wreszcie święci triumfy. Życzę Wam wszystkim miłego weekendu, skąpanego w słońcu i pełnego ciekawych zajęć. A na koniec przypisy:

* czerwona, pikantna kiełbaska z jagnięciny lub wołowiny; tradycyjna potrawa kuchni tunezyjskiej;
** rozpływające się wewnątrz ciasteczko z gorzkiej czekolady;
*** końcowy przystanek wschodniej części miasta;
**** dłuższa wersja normalnej deskorolki, znacznie od niej stabilniejsza, rozwijająca większe prędkości;
***** tradycyjna hiszpańska potrawa na bazie ryżu, owoców morza, kurczaka, często również królika z dodatkiem różnych warzyw.

środa, 10 kwietnia 2013

"Środa minie - tydzień zginie!"

Ostatni tydzień nie dopisał mi ani pod względem zdrowia, ani też szczęścia, w związku z tym nie sprzyjał niestety pasji tworzenia Nie chcę nikomu sprawić przykrości tym, co zaraz powiem, ale najzwyczajniej w świecie nie mogę się  powstrzymać - leżę w hamaku, w cieniu drzew dającym schronienie przed mocno grzejącym słońcem, z laptopem na kolanach. Takie okoliczności zdecydowanie budzą we mnie chęć pisania. Pogoda taka, jak dziś w moim przypadku owocuje również niepohamowanym pragnieniem sprzątania. Tym samym zakasałam rękawy i od porannych godzin sprzątałam, szorowałam i pucowałam cały dom, zostawiłam na ogniu bulgoczący (oby) pyszny rosół, aby teraz móc oddać się relaksowi.

Lekko przybita sytuacjami zeszłego tygodnia postanowiłam zmienić moje nastawienie, bo koniec końców pozytywne podejście do życia to połowa sukcesu. W niedzielę namówiłam Victora na wycieczkę na plażę - w końcu to tylko godzina drogi od nas z domu. Pomimo panujących na miejscu chłodu i wiatru, zdecydowałam się zdjąć buty i zamoczyć stopy w jeszcze lodowatym morzu. Niby nic, a poczułam, że ładuję baterie. Niestety, fakt zepsutego telefonu uniemożliwia mi prowadzenie jakichkolwiek fotoreportaży - musicie mi uwierzyć na słowo, że jest tam naprawdę pięknie!

W poniedziałek postanowiłam jakoś zaradzić ogarniającej mnie nudzie i wybrałam się odwiedzić Flo. Zastałam go akurat w chwili, gdy kończył drukować swoje CV. Zaproponowałam mu pomoc w przygotowywaniu ich do wysłania i tym samym cały dzień spędziłam na składaniu dokumentów i upychaniu ich do kopert. Szczęśliwie odbywało się to w miłym towarzystwie, przy pysznej kawie i w promieniach słońca, które bez problemu docierały na balkon. Taka zmiana towarzystwa i miejscu pobytu zdecydowanie pozytywnie wpłynęła na moje samopoczucie!

Wtorek zaliczam do dni zdecydowanie pozytywnych. Załatwiłam wiele zaległych spraw, w tym przede wszystkim - otworzyłam wreszcie konto w banku. Dzień ten owocował w wiele miłych, krótkich spotkań w sklepach, tramwajach, w banku. Widok miłych, życzliwych ludzi obdarowujących mnie swoim uśmiechem sprawiły, że mój dobry humor z poniedziałku nie ulotnił się, a wręcz zyskał na sile. Dzięki temu zmobilizowałam się i postanowiłam wieczorem wykarmić naszą małą rodzinę + gości (w każdy wtorkowy wieczór przychodzą znajomi Pauline i Juliena na wspólną kolację). Zrobiłam górę klusek śląskich z gulaszem wieprzowym. Wszystko wyszło naprawdę wyśmienicie a kluski śląskie zyskały miano "lepszych gnocchi"!

Jak dotąd pozytywne podejście działa. W tytule posta posłużyłam się stwierdzeniem, które doskonale sprawdza się w praktyce, a które zwykło być wymawiane przez kolegę Luźnego (wielkie pozdro!). Domyślam się, że ani się obejrzę a będzie niedziela i będę przygotowywała plany na kolejny tydzień. Liczę jednak, że jeszcze kilka razy w tym tygodniu znajdę czas i ochotę, żeby podzielić się z Wami jakąś myślą. Tymczasem pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim miłego wieczoru!

czwartek, 4 kwietnia 2013

Opóźnione Wielkanocne Opowieści


WIELKI PIĄTEK

Dla wszystkich tutaj - dzień jak każdy inny. Jakież wielkie było zdziwienie współlokatorów, a później rodziny Jean-Luca, kiedy odmawiałam posiłków. Usłyszawszy, że poszczę pomyśleli, że to taka oczyszczająca dieta przed świątecznymi pysznościami, które zamierzam w siebie wrzucić. W związku z tym miałam okazję przybliżyć wszystkim zebranym, czym jest Wielkanoc dla ludzi wierzących.

Był piękny, słoneczny dzień a w planie wyjazd w góry. Nie było dla nas miejsca w samochodzie, więc  z Victorem złapaliśmy ostatni autobus jadący do miejscowości oddalonej od docelowego punktu o jakieś 10-12 km. Żeby uniknąć wędrówki po zmroku postanowiliśmy złapać stopa. Po kilku nieudanych próbach udało nam się zatrzymać jeden samochód. Kierowcą okazał się przemiły i tęgo zdziwaczały, starszy pan. Wygląd samochodu wewnątrz idealnie odzwierciedlał chaos goszczący w głowie kierującego. Kiedy tylko staruszek dowiedział się, że jestem Polką, łzy wzruszenia napłynęły do jego oczu. Natychmiast wytłumaczył, że dzieciństwo spędził na północy Francji, gdzie już wówczas mieszkało dużo Polaków. Jego mama zwykła mu wówczas puszczać audycje radiowe wypełnione polską muzyką, którą chwilę później, już w drodze, zaczął nucić z zadowoleniem. Podchwyciłam nastrój i zaśpiewałam mu kilka piosenek do melodii przez niego nuconych. W nagrodę - już zalany łzami - zaśpiewał mi Hymn Polski w sposób bezbłędny fonetycznie. Pomimo, że kompletnie nie wiedział, co śpiewa, to i tak zrobiło mi się ciepło na sercu. Znalazłam kawałek Polski niemal na końcu świata...
Po tej przemiłej przejażdżce nadszedł czas na górski spacer - godzina wspinania się, by dotrzeć na miejsce. A w nim trzy piękne, stare domy, stojące jeden przy drugim: jeden należący do dziadka Marlene, kolejny do jej siostry i ostatni - dom Davida, jej ojca. Było już prawie całkiem ciemno, jednak nie przeszkodziło mi to zakochać się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.



WIELKA SOBOTA

Noc spędziłam w Strasznym Domu. Od lat nikt tam nie mieszka, od czasu do czasu tylko ktoś nocuje i to tylko w przypadku, gdy nie ma miejscu w dwóch pozostałych domach. Szczerze przyznam, że ciężko byłoby mi się zdobyć na samotny, choć najkrótszy pobyt w tym miejscu - bez względu na porę dnia. Cały czas trzymałam się kurczowo Victora, wystraszona, że lada chwila moja wyobraźnia zacznie mi płatać figle. Zrobiłam tylko kilka zdjęć w domu i niestety ze względu na ich tragiczną jakość spowodowaną nienajwyższą klasą aparatu w telefonie udostępnię Wam tylko jedno:


Niemal całą sobotę przesiedzieliśmy z domu z powodu dość kapryśnej pogody. Korzystając z chwili, w której niebo trochę się przejaśniło, wpakowaliśmy się do VW Transportera należącego do Davida i pojechaliśmy do miasteczka Valleraugue. Podczas, gdy siódemka dzieci bawiła się na placu zabaw, my poszliśmy zrobić zakupy w sklepie mięsnym - naszym placu zabaw ;) Z wielką przyjemnością przyglądałam się, jak rzeźnik niósł na plecach wielką sztukę mięcha do poćwiartowania. Ściany ozdabiały wiszące przy nich pachnące kiełbasy, udźce jagnięce, w lodówkach znalazły swoje miejsce soczyste antrykoty, polędwice, szynki, pasztety, wątróbki... No uczta dla oczu! ;)
Chwilę później dołączyliśmy do dzieciaków. Jean-Luc i Victor dopadli wielką, drewnianą ćmę na sprężynach i zafundowali wszystkim niezły ubaw wprawiając zabawkę w szalone wibracje, których celem było zrzucenie wszystkich dzieci znajdujących się na pokładzie. Niestety niedługo później porządnie się rozpadało i zmuszeni byliśmy zarządzić szybką ewakuację.
Wieczorem, gdy dzieci już spały, my mogliśmy przygotować tutejszego Zajączka - pisanki, które później ukryte w ogródku miały zostać znalezione i stać się tym samym gwarantem słodkiej nagrody dla maluchów. Zgadnijcie, kto stworzył najładniejszą pisankę? ;)

NIEDZIELA WIELKANOCNA

Tego dnia obudziły mnie dźwięk dzwonka i ciepłe promienie słońca przedostające się przez zakurzone okna domu. Dzwonek miał za zadanie obudzić dzieci i obwieścić im, że w ogrodzie stało się coś nadzwyczajnego. Zaciekawione maluchy puściły się pędem między krzewy i zaczęły szukać skarbów. Na każdego czekała niespodzianka. Nie sądziłam, że i mnie takowa spotka - moja pisanka została bardzo wyróżniona przez dziadka Marlene - znalazła swoje miejsce w gablocie, w której od lat kolekcjonuje on  jego zdaniem najpiękniejsze pisanki!
Po obiedzie postanowiliśmy skorzystać z przepięknej pogody - wybraliśmy się nad rzekę, gdzie mogliśmy się zrelaksować w promieniach ciepłego, wiosennego słońca. Ja puszczałam kaczki, Marlene czytała książkę, natomiast Victor i Jean-Luc biegali z dzieciakami wymyślając coraz to nowe zabawy. A w tle niczym niezmącona cisza gór. Jednym słowem - popołudnie idealne. Zresztą poniższe zdjęcie mówi samo za siebie :)


Po mile spędzonym popołudniu zjedliśmy wyśmienitą kolację popijając pyszne wino wyrobu partnerki Davida - Catherine. Wieczór natomiast poświęciliśmy rozgrywkom w planszówkę 7 Wonders połączoną z degustacją szampana odnalezionego w jakimś zapomnianym barku.

Nie była to co prawda Wielkanoc marzeń, wiele mi w niej brakowało - przywiązanie do Rodziny i Tradycji robi swoje. Jednak w głowie pozostała masa miłych wspomnień i nadzieja, że jeszcze niejednokrotnie wrócę w tamto miejsce.