sobota, 18 maja 2013

Weekend z Rodziną

Zgodnie z obietnicą wracam wspomnieniami do wydarzeń, które miały miejsce około miesiąca temu. Zacznę w porządku chronologicznym - od wizyty w domu rodzinnym Victora.

Przyjechaliśmy na miejsce w piątkowy wieczór, który ze względu na niesprzyjającą aurę zmusił nas do pozostania w domu. Miało to jednak swoje dobre strony - spędziliśmy naprawdę miły czas w towarzystwie rodziców Victora i jego młodszej siostry, dzięki czemu ja miałam okazję poznać ich trochę lepiej a Victor mógł nadrobić narastające rodzinne zaległości.
Następnego dnia rano czekało na mnie nie lada wyzwanie - pojechaliśmy w odwiedziny do babci Victora. Problem polegał na tym, że jest ona rodowitą Hiszpanką, która nigdy nie miała większej ochoty nauczyć się języka francuskiego twierdząc, że jest dla niej po prostu za trudny. Na miejscu poza rzeczoną babcią zastaliśmy rodziców Victora wraz z jego trzema hiszpańskimi wujkami. Tym samym znalazłam się po środku śniadaniowej imprezy, bo nie można inaczej nazwać chwili, w której tata Victora spotyka się ze swoimi braćmi. Koniec końców wydaje mi się, że pomimo wielkiej przepaści językowej pomiędzy mną a babcią Victora, udało mi się nawiązać z nią nić porozumienia.
W sobotnie popołudnie Victor zabrał mnie na wycieczkę do Fontaine de Vaucluse - niewielkiego miasteczka słynącego z przepięknych widoków skał i wyłaniającej się spod nich rzeki oraz zabytkowego, wielkiego młyna będącego częścią muzeum fabryki papieru czerpanego. Nasz spacer po okolicy nie trwał niestety zbyt długo - nie pozwoliła nam na to wyjątkowo kapryśna również tego dnia aura, która co chwilę zsyłała nad nasze głowy deszcz. Poniżej zamieszczam Wam kilka zdjęć wyszukanych za pośrednictwem google images (wciąż niestety nie posiadam aparatu, którym mogłabym uwieczniać moje wycieczki):

Muzeum papieru czerpanego

 "Miejsce, w którym rzeka wyłania się ze skał"

Widok ogólny na Fontaine de Vaucluse

Niedziela była dniem zdecydowanie słonecznym i... rodzinnym. Już od porannych godzin wokół domu rozprzestrzeniał się  piękny zapach Paelli przygotowywanej w ogrodzie przez tatę Victora. Dom wypełniony był donośnymi, radosnymi głosami domowników i gości, wśród których pojawili się: czwarty brat taty Victora wraz z żoną i dwójką dzieci, babcia - Francuzka, babcia - Hiszpanka wraz ze swoją hiszpańską przyjaciółką oraz koleżanka młodszej siostry Victora. Niewielki salon zamienił się w jadalnię, w której główną i chyba jedyną część zajmowały dwa wielkie stoły - gdy już wszyscy zasiedli wokół nich, niemal niemożliwym stało się przemieszczanie gdziekolwiek. Paella, którą dotąd znałam właściwie tylko z nazwy okazała się wyśmienita! Na jej korzyść dodatkowo zadziałał urok atmosfery hiszpańskiego, głośnego, pełnego śmiechu i dyskusji obiadu.
A po obiedzie? Czas na sjestę. Tego dnia relaksowaliśmy się dość aktywnie. Mama Victora znalazła w piwnicy zestaw do gry w tenisa stołowego, wynaleźliśmy w ogrodzie niewielki, drewniany stół i urządziliśmy mały turniej. Zgadnijcie, kto był jego zwycięzcą? ;)

środa, 15 maja 2013

La page blanche...


...czyli syndrom białej kartki. Dopadł mnie skutecznie około miesiąca temu i za nic nie chciał wypuścić ze swoich paskudnych szponów. W międzyczasie wielokrotnie czyniłam próby przegonienia potwora, dziś jednak postanowiłam się z nim rozprawić w sposób ostateczny!

Dokładnie dwa miesiące temu siedziałam w autobusie i o ile dobrze sobie przypominam, to byłam jeszcze w Polsce. Ciągle kompletnie nieświadoma, co mnie czeka, ile w moim życiu się zmieni i w co się w ogóle zamierzam wpakować. I wiecie co? Ciągle jeszcze nie bardzo wiem. Wydawało mi się, że dwa miesiące to bardzo dużo czasu - w każdym razie wystarczająco dużo, żeby się zaklimatyzować, znaleźć pracę, znajomych i stuprocentowo oswoić się z językiem francuskim. W związku z tym tylko krótki komentarz ciśnie mi się na usta - BZDURA! Nie chcę o sobie myśleć, jak o jakiejś ofierze losu, która nie potrafi sobie znaleźć miejsca w życiu i stawić mu czoła. Pozostanę przy stwierdzeniu, że dwa miesiące to zdecydowanie mało czasu, zważywszy na kompletną zmianę otoczenia, klimatu, języka, kultury, a przede wszystkim brak przyjaciół i rodziny - przynajmniej w najbliższej okolicy. Pomimo, że nie jest łatwo, to myślę, że radzę sobie całkiem dobrze, nie ustaję w poszukiwaniach pracy i każdego dnia coraz bliżej jestem poczucia, że naprawdę mi tu dobrze.

Przez ostatni czas dane mi było poznać kilka bliższych lub bardziej odległych miejsc. Korzystając z pięknej pogody spędziłam z moją małą francuską rodziną kilka popołudni: to nad rzeką, to na wycieczce w górach, to w muzeum, to na plaży, pojechaliśmy nawet na tydzień w Alpy. W ciągu kilku najbliższych dni postaram się chociaż trochę Wam opowiedzieć na temat każdego ciekawego miejsca, które zwiedziłam, odwiedziłam, widziałam w ostatnim miesiącu. Mam nadzieję, że od tego momentu nie będziecie musieli już tak długo czekać na opowieści z obczyzny :)

Całuję mocno!!!